Księgi Erbokańskie - Rozdział II
Dodane przez Conrad Darosareier-Stattoerr dnia 2010.02.07 21:07
Na dworze w Adamas sala balowa pękała od gości. Swą obecnością, zaszczycili księcia Bogusława najznamienitsi nowofurlandczycy, z Albonem z Cintry na czele. Ciżba piła i tańczyła, śpiewała i pod stołem wylegiwała. Książę Bogusław, do wczoraj jeszcze noszący godność triumwira, pewien był swojego zwycięstwa nad panami erbokańskimi.
- Panów arkońskich mam już po swojej stronie – przechwalał się ów waść margrabiemu Albonowi. – Te głupie kundle sądzą, że dam im wolność od tego ich księciunia. Nigdy! Kurę znoszącą złote jajka mam puścić samopas? Pod samą ich tą wiejską stolicą takie pokłady złota stoją, że pół Sarmacji wykupić by można. A co w tym najśmieszniejsze? Że sam Aleksander nic o niczym nie wie. Zdziwią się jutro waść triumwirowie, gdy ma armia rozgromi ich żołnierzyków, a z zaskoczenia Temidę zajmę.
- Genialny plan, wasza książęca mość – pochwalał, choć nieszczerze i z trwogą w sercu, margrabia Albon.
- A sztuką w tym wszystkim – kontynuował swój wywód książę Bogusław – jest nie tyle zajęcie miasta czy inne małostkowe rzeczy. Ważne jest, by zachować pozory, tej ich rozdmuchanej demokracji. Żeby nigdzie za granicę nie doszły o niej wieści, by żadnego ucha głowy koronowanej one nie sięgnęły.
- Za to wasza książęca mość politykiem wielkim, a nie tylko generałem jesteś. Rad jestem, iż mogę waści służyć – sztucznie podlizywał się księciu margrabia.
- Cała, ale to cała przyjemność po stronie mej – zakończył rozmowę z margrabią i powstał. Podniósłszy głos rozpoczą przemowę do ogółu – Szanowni zebrani! Rad byłem sprosić dziś państwa na ową ucztę, jakiej adamańskie ziemie od mojego dzisiejszego obiadu nie widziały. Wczorajszego wieczoru zmarł panujący nam miłościwie książę Henryk, wielki triumwir erbokański. Dzisiejszego ranka, na mocy danej mi przez akt założycielski i inne ustawy, zadecydowałem o secesji ziem nowofurlandzkich spod berła wielkotriumwirowskiego.
Nagle zebrani ucichli. Kilku szlachcicom cisnęło się na usta słowo „zdrada”, tu i ówdzie ciżba wydawała z siebie pomruki niezadowolenia, lecz nikt nie śmiał wystąpić otwarcie przeciwo księciu Bogusławowi.
- Jeszcze jutro zbrojnie ruszymy na Temidę – kontynuował przemowę książę – by dokończyć dzieła naszych przodków i ostatecznie podporządkować sobie potęgę erbokańską – przemowa księcia trwała jeszcze i z piętnaście minut, aż szlachta znużona boskimi planami swego pana, zainteresowanie swe odnalazła w trunkach wszelkiej maści, specjalnie na tą ucztę z piwnic adamańskich wywleczonych.
Około północy ciżba adamańska rozpierzchła się po stodołach i stajniach książęcych, by tam w upojnym śnie, pośród zwierząt i gnoju, przeżyć kaca, jakiego nie dane im było przez całe ich, niekiedy pamiętające Chrystusa, żywota mierne przeżyć.
Mimo długiej uczty, książę i jego najbliższa służba, w tym najznamienitsi erbokańscy generałowie: Onorowow oraz Neumann byli całkowicie trzeźwi. Co więcej – byli gotowi do drogi. Specjalnie na tą wyprawę wydzielono z książęcego wojska grupę pułków liczącą około pięciu tysięcy zbrojnych. Były pośród nich największe furlandzkie chorągwie, takie jak Nowalskiego czy Littendorffa.
Długi orszak wojenny, na który prócz piechoty, składały się także tabory wozów i stada jazdy, ciągnął się kilometrami do granicy Nowej Furlandii z Księstwem Temidy. Po drodze księciu Bogusławowi towarzystwa dotrzymywał znany nam już margrabia Albon, którego to władca ustanowił swoim kanclerzem.
- Nie sądzisz waść, że branie stolic szturmem, a stolca wielkotriumwirowskiego siłą, przerostem jest formy nad treścią? – zagadną swego pana margrabia.
- Trzeba wziąć ich z zaskoczenia, bo pierwszy atak zawsze jest najważniejszym. Trochę feierwerken nie zaszkodzi, a i respekt większy ku nam poczynią. Widzisz, waćpan margrabio, to, co wyczynia się tam w stolicy, to jeno zdrada jest. Ja jedynie pragnę ojczyźnie naszej się przysłużyć, jej dobro jest dla mnie najważniejsze.
- Jeśliś waćpan pewien w tym, co mówisz, to życzę waćpanu świetlanej przyszłości – odpowiedział margrabia, jednakże nie do końca wierząc w słowa księcia.
Tymczasem orszak książęcy powoli przekraczał granicę między państwami. Słońce leniwie wzbraniało się przed wzejściem, jakby nie chciało dopuścić do realizacji planów księcia.
Książę zarządził postój wojsk niedaleko wioski zwanej Kamieńcem. Tam też cała armija przeszła ostateczny przegląd dokonany przez jej głównodowodzącego, generała Neumanna. Z obawy o swoje bezpieczeństwo książę Bogusław postanowił usunąć się na tyły armii i oddać przewodnictwo generałowi.
Wioska leżała około pięciu godzin drogi od Temidy, więc by przybyć na miejsce jeszcze przed rozpoczęciem codziennego obrządku dworskiego, armia musiała wyruszyć jak najszybciej. I tak też się stało. Prowadzona przez generała Neumanna, dotarła pod Temidę szybciej niż sądzono.
Słońce powoli wznosiło się na wyżyny swoich możliwości, strzelając na oślep promieniami ku wojskom księcia Bogusława niczym do wroga. By nie burzyć pokoju wokół Temidy, wojsko zatrzymało się około dwóch kilometrów od miasta. Książę posłał na dwór posła z informacją o swoim przybyciu, a następnie rozkazał Neumannowi przygotować wojsko do ataku na miasto.